piątek, 16 listopada 2012

sześć: bez znieczulenia



Piasek jest wilgotny, a morze wygląda na złe. Siadam na ziemi i obserwuję fale rozpryskujące się o kamienie. Freitag siada tuż obok mnie; w nozdrzach czuję jego nowy zapach.
Biorę się w garść. Ta noc to noc rozmów. Jeśli dzisiaj tego nie wyjaśnimy to już za pewnie nigdy tego nie zrobimy – oboje wiemy o tym doskonale.
- Wyjechałeś i zerwałeś ze mną kontakt wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebowałam – mówię cicho głosem wypranym uczuć. Nie patrzę się na niego, nie mam odwagi. Nie chcę widzieć jak gama uczuć odbija się na jego twarzy, jak unika mojego wzroku. Obejmuję ramionami kolana, kładę na nich głowę i wpatruję się w dal. Deszcz znowu zaczyna lekko siąpić.
Wszystko odżywa. Smutek i rozczarowanie. Tęsknota tak wielka, że aż rani. Moje serce na nowo przeżywa tamte potworne dni, kiedy nie miałam nikogo z kim mogłabym porozmawiać. Samotność ciąży mi na duszy, niczym kamień.
- Ja… - słyszę jak Freitag gwałtownie wypuszcza z płuc powietrze. – Nie wiedziałem. Naprawdę nie wiedziałem, że jest aż tak źle.
Ostatkiem sił hamuję całą ironię i sarkazm, który ciśnie mi się na usta. Spokój i neutralność, przede wszystkim. Ogień tamtych dni już został ugaszony, po co go na nowo rozpalać?
- Nie? – Nutka politowania w głosie, na tyle sobie pozwalam. – Wiedziałeś o tym doskonale. Mówiłam ci, że jest bardzo źle, że lada moment bomba wybuchnie. A ty wykorzystałeś swoją przeprowadzkę jako idealny pretekst by urwać ze mną kontakt, by nie musieć mnie wspierać.
- To nie tak.
- A jak?
Cisza. Znowu. Płaczę, bo już nie mam sił być silną. Płacz oczyszcza mnie, usuwa z mojego serca brud negatywnych emocji. Jest mi lepiej. Mimo wszystko.
- Ojciec wyprowadził się tamtego dnia. Najpierw ty, potem on. Obaj bez pożegnania. To cholernie zabolało. – mówię obojętnie.
Freitag przełyka głośno ślinę. Wiem, że chce coś powiedzieć, ale nie umie poskładać słów.
Przenoszę na niego wzrok. Jego ciemnobrązowe tęczówki smutnie wpatrują się w moje oczy; są bezsilne.
- Dlaczego się nie odzywałeś?
- Bo byłem głupi. Najzwyczajniej na świecie głupi. – szepcze cicho. Jego palce delikatnie muskają mój policzek. – Przepraszam. Naprawdę przepraszam. Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję.
Milczymy, nie mogąc oderwać od siebie wzroku. Po kilku minutach uśmiecham się niepewnie, z wahaniem. Richard przyjmuje to za dobry znak, bo posyła mi łobuzerski uśmiech; na jego policzkach pojawiają się dołeczki.
- Zasługuję na karę?
- Aha.
- Hmm. Nie możemy go wykastrować, ponieważ to nieetyczne. Jedyna opcja to sterylizacja.
- I niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że bajki nie łączą ludzi – mówię ze łzami w oczach. Tak dobrze jest wiedzieć, że Richard nadal ma w głowie sceny ze Shreka.
- Powinniśmy wracać – brunet łapie mnie za rękę.
Zamykam na chwilę oczy, przenosząc się do dzieciństwa, do niekończących się uścisków Freitaga. Wiem, że przed nami jeszcze długa droga, ale pierwszy, najważniejszy krok już postawiony. Teraz może być już tylko lepiej.
***
- Rut?
Mocno przytulam się do Severina, rozkoszując się stabilnością jego ramion. Sev jest moją przystanią, moją opoką. Kiedy dookoła szaleje wiatr, on jest jak schronienie, kryjówka, którą nieszczęścia omijają szerokim łukiem.
- Wszystko dobrze, naprawdę – mówię w jego bluzę.
- Na pewno?
- Aha.
Odrywam się od niego i uśmiecham się z trudem. Czuję się dziwnie.
- Przeprosił mnie. Trochę pogadaliśmy…. Jeszcze nie jest dobrze, daleko nam do tego, co było kiedyś, ale przepaść jakby się zmniejszyła.
- Widzisz? Wszystko powoli się układa. – Severin uśmiecha się czule i ściska moją dłoń. – A tak na marginesie, jesteśmy z Ilse parą.
Zamieram na kilka sekund, przerażona i pełna lęków. Drapieżny uśmiech Il tańczy mi przed oczami. Próbuję wziąć głęboki wdech, ale jest to trudniejsze niż myślałam. W końcu udaje mi się ogarnąć i sztucznie wesołym tonem oznajmiam:
- To naprawdę niesamowite. Gratuluję.
________________________
shreka ciąg dalszy, dziwności opowiadania też. ale ja lubię dziwactwa. czasami. o.

TYDZIEŃ, ROBACZKI, TYDZIEŃ.

od patrzenia na zeszyt od chemii robi mi się niedobrze, jeszcze tyle zadań przede mną. aż żyć się odechciewa :c i w ogóle to potrzebuję napisać coś dobrego, naprawdę dobrego. a nie jakąś reakcję polimeryzacji. jesień mnie dobija, moja twórcza bezproduktywność mnie dobija. byle do skoków