wtorek, 16 lipca 2013

siedem: granice


- Ulubiona piosenka?

- Addictive Royal Republice. Deser?

- Lody waniliowe.

- Wciąż?

- Wciąż. Cel.

- Skończyć studia, przede wszystkim. Największa przyjemność?

- Chyba skoki.

- Chyba?

- Na pewno skoki. Tylko, że czasami o tym zapominam.

- No cóż... Twoje marzenie?

- Hej, teraz moja kolej! Nadal piszesz wiersze?

- Aha. Próbuję się też w prozie. Marzenie?

- Złoto olimpijskie. Ulubiony film?

Blablabla. Czysta neutralność, żadnych tematów, które mogą zaboleć, przywiać echo minionych miesięcy, lat. Na nowo uczymy się siebie poznawać, zaczynamy wszystko od podstaw, od banałów. Czasem bywa niebezpiecznie, czasem od naszego tabu dzieli nas cienka linia, ale zgodnie z naszą niepisaną umową, na razie o TYM nie rozmawiamy. Najpierw chcemy się sobą nacieszyć. Na niszczenie się TYMI wspomnieniami i TYMI wykonanymi bądź niewykonanymi krokami jeszcze przyjdzie czas. Powoli, ostrożnie, delikatnie.

- Najmilsze wspomnienie? - Pyta beztrosko Richard, po czym zamiera. Boi się, czuję to każdą komórką ciała, widzę ten błysk oka, który tylko nielicznie mogą prawidłowo odczytać. Boi się, że moja odpowiedź może przekroczyć granicę.

I pewnie ma rację. Dlatego milczę. Wysuwam twarz do słońca, rozkoszując się subtelnymi muśnięciami promieni. Po wczorajszym deszczu ani śladu; promienne słońce rozgoniło ciemne chmury.

Prawie jak w moim życiu. Prawie.

Tylko, że prawie to gigantyczna różnica.

- Przepraszam. Od kiedy farbujesz włosy? Przedtem były inne. - Mówi szybko, pozornie opanowanym głosem.

- Po... Od trzech lat. - Czytaj od twojego wyjazdu. - Na początku różne odcienie czerwieni. Dopiero od tego roku jestem ruda.

- Pasuje ci, naprawdę.

Chwilę milczymy pogrążeni we własnych myślach. Ta cisza nie kaleczy, wręcz przeciwnie, koi i uspokaja, jest jak balsam gojący rozdrapane rany.

W nozdrzach czuję zapach dzieciństwa.

- Masz kogoś? - Pyta niespodziewanie Freitag. Pytanie zaskakuje nas oboje.

- Nie. - Odpowiadam krótko, bez wdawania się w szczegóły. - A ty?

Brunet kręci przecząco głową.

- Związki na odległość nie przechodzą próby. Ani na dobrą sprawę związki, w których jedna z osób związana jest ze sportem. Przynajmniej w moim przypadku.

Aha, zapamiętam.

- A z Bodmerem to co jest? – Freitag posyła mi pytające spojrzenie.

Wzruszam obojętnie ramionami.

- A co ma być?

- Nie wiem. On chyba cię lubi.

- I niech na tym się skończy.

- Dałaś mu kosza...

- Powiedział ci?

- Nietrudno się samemu domyśleć. Zwłaszcza jak Pascal gada przez sen.

- Musiałam. - Szepczę cicho.

Kilka sekund później Richard wyjmuje z kieszeni telefon i odbiera wiadomość.

- Jadą do centrum. Jedziemy?

- Nie. Lepiej chodź na kawę.

***

Kawa jest gorąca, czarna i mocna, taka jak być powinna. Rozkoszuję się jej gorzkim smakiem i poddaję się subtelnej nutce nostalgii. Czuję się zadziwiająco dobrze; od miesięcy nie byłam w tak dobrym samopoczuciu. Mimo granic, barier, niepewności i nie-mówmy-o-tym, jestem prawie szczęśliwa. Prawie, słówko klucz, znowu.

- Nie wiem, jak można pić gorzką kawę. - Richard uśmiecha się delikatnie, wsypując do swojej filiżanki trzy łyżeczki cukru.

Wspaniale jest znowu móc widzieć jego uśmiech.

Wspaniale jest znowu móc z nim rozmawiać. To tak jakby odzyskała cząstkę siebie. Co nie znaczy, że jestem poskładana w całość. Bo tak nie jest. Jeszcze nie. Nadal jestem totalnie rozpieprzona we wnętrzu, nadal puzzle nie są na właściwym miejscu.

- Co do twoich rodziców...

- Richard. - Mówię ostrzegawczo.

- Chciałem ci tylko powiedzieć, że mi naprawdę przykro. I że masz rację, przynajmniej częściowo. Nie dałem rady, to wszystko mnie przerosło. Nie chciałem z tobą urywać kontaktu, samo tak wyszło. Zresztą myślałem, że tak będzie lepiej dla ciebie. Ale nie było. I mi też było ciężko.

- Granica. - Szepczę. - Przekraczasz granicę.

Richard milknie i patrzy się na mnie w zamyśleniu. Jego spojrzenie twardnieje i staje się nie do przeniknięcia. Jest bardzo odległy. Odległy jak kiedyś. Boję się, że jego obojętność powraca. Mimowolnie kulę się w sobie.

- Chcę... Chcę o tym porozmawiać.

- O tym. - Uśmiecham się z ironią wypisaną na twarzy. Palcami obejmuję przyjemnie ciepłą filiżankę. - Z nas dwojga to ty się bardziej 'tego' bałeś. Ty próbowałeś unikać rozmów o 'tym'.

Moje słowa są dla niego jak wymierzony policzek. Chłopak zaciska mocno pięści. Poza tym jest spokojny i opanowany.

- Przemyślałem kilka spraw. Rut, nie możemy w sobie tego dłużej dusić.

- Więc mamy się sobie tutaj wyżalić? Zrobić sesję terapeutyczną?

- Chcę byś tylko wiedziała, że gdybym mógł cofnąć czas to inaczej bym postąpił.

Kręcę głową. Nie chcę rozmawiać na takie tematy, jeszcze jest na to za wcześnie. To, co nas połączyło jest za delikatne i kruche, za świeże, by wytrzymało ciśnienie TEJ rozmowy. Czas, potrzebujemy czasu.

- Kilka dni, proszę.

Richard posyła mi badawcze spojrzenie. Przez kilka chwil mierzymy się wzrokiem. W końcu chłopak prawie niezauważalnie kiwa głową.

Granice uratowane.
___________________________

wracam, wracam, wracam., wczoraj wpadły mi do głowy nowe pomysły, jestem taka podekscytowana <3
znaczy, wszystko zależy od waszych wejść i komentarzy, inaczej nie ma to sensu. ale tak bardzo chcę wrócić i dokończyć tą historię, że mnie czasami aż rozsadza. bardzo przywiązałam się do tego opowiadania, bardziej nawet niż do naked--heart, wiele dla mnie znaczy.
a powyższy rozdział znalazłam jeszcze w zeszycie, pisałam go bodajże w sierpniu (huehue) i mam nadzieję, że wam się podobał :)
A prace nad ósemką trwają!
<3